Czwartek, 15 maja 2008
Twój Styl nr 06 (214) 2008
NASZ RAPORT: Polka na prowincji
tagi: wieś, miasteczko, prowincja, agroturystyka, gospodarstwo, Anka Kawka, Maria Drzymała, Ela Smiarowska ,
Młode, ambitne, bez kompleksów – w polskich wsiach i miasteczkach są takie kobiety. Nie uciekają do metropolii, nie wyjeżdżają za granice. A jeśli nawet, to wracają. Do rodzinnych miejscowości. Po to, by walczyć. O wykształcenie, prace czy asfaltową drogę. O ciekawe, prowincjonalne życie.
Anka Kawka: LICZĄ SIĘ ZNAJOMOŚCI, NIE CV
Ryki – 100 kilometrów do Warszawy, 70 do Lublina. Życie toczy się wokół przelotowej ulicy łączącej te miasta. Najwięksi pracodawcy: Hortex i Spółdzielnia Mleczarska. Największe marzenie przeciętnego maturzysty: Lublin albo stolica. Największa obawa mieszkańców: budowa obwodnicy. Wtedy już nikt, nawet przejazdem, nigdy tu nie zajrzy. "Czy nie jest pani w ciąży?", słyszy Anka na kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej. Szuka etatu. Jest rok 2007, ona od kilku lat nie ma pracy na stałe. Ma 32 lata, ma męża, nie ma dzieci. "Nie planuje pani? Nie bardzo w to wierzę", słyszy od potencjalnych pracodawców. Wie, że to wbrew prawu. – Chcę powiedzieć: "To moja sprawa. Nie życzę sobie takich pytań. Zawiadomię inspekcję pracy" – mówi. – Tyle czytałam o dyskryminacji. Tylko że to teoria.
Domek na skraju Ryk. Typowy produkt budownictwa PRL-u: klocek, pudełko zapałek. Dom budowali dziadkowie Anki. Z tego, co akurat udało się zdobyć. Bez koncepcji, planu.
– Mam wrażenie, że życie moich rodziców jest jak ten dom. Moje też. Obwiniam rodziców, że nie mobilizowali mnie, bym skończyła studia albo wyjechała. Uważali, że będę mieszkać z nimi w Rykach, by pomagać im na starość. "Po to budowaliśmy dom, dla ciebie", mówili. Teraz ona mieszka tu jeszcze z mężem. I tak jest nieźle, bo rodzice dali im dwa pokoje. Ale kuchnia i łazienka wspólne. Anka i Paweł marzą o wyprowadzce. Nie mają zdolności kredytowej. Paweł pracuje na etacie, ale zarabia niecałe 1500 zł. Maj 1995 r. Anka zdaje maturę. Na trójach. – Zawsze byłam przeciętna. Chciałam się wybić – wspomina. Plany ambitne: Ewa i Sylwia zdają na medycynę, Gośka na ekonomię, Kaśka, Edyta i Anka wybrały prawo. – "Ja nigdzie się nie dostanę i skończę w studium kosmetycznym – Anka pamięta swoje słowa. – Co ty gadasz?!" – upominają dziewczyny. Anka wysyła papiery na prawo na Katolicki Uniwersytet Lubelski i Uniwersytet Warszawski. W Lublinie zdaje, ale na tróje. Za słabo. W Warszawie? Poległa z kretesem. – "Po co ci to było? Tylko pieniądze wydałaś na opłaty i pociągi" – słyszy od ojca, gdy wraca zapłakana do domu. Koleżanki dostają się na studia.
Anka wychodzi za mąż. Z Pawłem zna się kilka miesięcy. – Nie wiem, czy go kochałam. Chciałam pokazać, że ze studiami nie wyszło, ale mam męża – wspomina. "U czerwonego robisz!"
– ojciec Anki wypomina Pawłowi, że pracuje w firmie posła lewicy. "Pięć lat tam siedzisz i co? Dostałeś podwyżkę? Inni płacą więcej, ale nawet nie sprawdzisz" – to teściowa. – Małżeństwem nie zaimponowałam rodzicom – mówi Anka. Tłumaczy męża: "Nie szuka pracy, boi się, że poseł się dowie i go wyrzuci". Na jedną kartę Ona też nie może znaleźć niczego na stałe. – Trafiały się tylko dorywcze zajęcia: hurtownia, sklep. Koleżanki kończyły studia. Robiły kariery. Przyjeżdżały do Ryk, pytały, co słychać. A u mnie wciąż ten sam marazm. Chciałam pokazać, że mam coś w zamian – udaną rodzinę. Marzyłam o byciu mamą – opowiada. Paweł nie zgadza się na dziecko. "Najpierw wyprowadzimy się od rodziców" – tłumaczy, więc Anka intensywnie szuka pracy. Druga pensja to szansa na kredyt mieszkaniowy. Jest rok 2006. Etat trafia się po znajomości. Kolega ojca szukał ekspedientki do sklepu. – Miałam obsesję, że zatrudnił mnie z litości. Starałam się, jakby od tej pracy zależało moje życie – wspomina. Pensja 700 zł, po trzech miesiącach obiecana podwyżka. Wieczorami porównują z Pawłem oferty kredytowe banków. Anka już widzi stół w salonie, kolor ścian. "W kasie brakuje 470 zł. Zwalniam cię. Nie dostaniesz ostatniej pensji", słyszy od właściciela sklepu. "Dbałam o ten cholerny sklep jak o własny dom, podłogi szorowałam. Nie jestem złodziejką! Nie zostawię tego tak. Mam umowę na pół etatu, a pracuję na całym. Zapłaci pan za to!", krzyczy. – To jedyny raz, kiedy się odważyłam – wspomina. Zaległą pensję dostaje. Wraz z nią "wilczy bilet" w Rykach. – Byłam naiwna. Właściciel sklepu opowiadał, że go okradłam, a jego żona, że chciałam być kochanką męża, a kiedy odrzucił moje awanse, zemściłam się – opowiada.
Przez rok szuka pracy. "Daj sobie spokój. W Rykach nikt cię nie zatrudni. Ciągnie się za tobą fatalna opinia" – radzi szefowa butiku. – Do dziś, gdy mijam sklep i widzę na szybie kartkę: "Zatrudnię sprzedawcę", odwracam głowę – mówi Anka. Kolejne miesiące spędza w domu. Przesiaduje na "naszej klasie". – Żyłam przeszłością. Oglądałam koleżanki na zdjęciach znad ciepłych mórz. Z mężem nigdy nie byliśmy za granicą. Nie było pieniędzy. Spłacaliśmy kredyt na używanego passata – opowiada. Nawiązuje korespondencję z Markiem, z którym ona i Paweł przyjaźnili się w liceum. Marek skończył szkołę pilotów w Dęblinie. Lata w brytyjskich liniach lotniczych. Namawia ich do wyjazdu z Polski. – Baliśmy się – mówi Anka. "Zwolnił mnie!" – miesiąc później Paweł wraca do domu. Poseł zmienił orientację z lewicowej na ludową i pozbywa się części pracowników, szykuje miejsca dla rodzin nowych partyjnych kolegów.
– Poczułam ulgę, że nie mamy już nic do stracenia – opowiada Anka. Namawia Pawła na wyjazd do Anglii. Marek znalazł mu pracę przy budowie szpitala w Portsmouth. Sprzedają passata, by mieć na bilet. Anka przylatuje na tydzień. – Czułam się obco – wspomina. Paweł zarabia dobrze, ale też nie chce spędzić w Anglii życia. – Wrócę i otworzę w Rykach firmę budowlaną – opowiada żonie, gdy wieczorem siedzą na skypie. – Będziesz moją sekretarką! – śmieje się. – Nie zapytam, czy planujesz ciążę – żartuje. – Ale ja planuję – mówi Anka. Dodaje: – Chcę, żeby to była córka. Dam jej siłę, której brakowało mnie, by walczyć. Zrobię wszystko, żeby nie poddała się małomiasteczkowej beznadziei.
Maria Drzymała: GOSPODARSTWO TO NIE WSZYSTKO
Gospodarstwo agroturystyczne Stary Młyn. 30 km od Opola, nie dojeżdża tu pociąg ani autobus. Jadąc samochodem, można się pogubić, klucząc w lesie. Aż na polanie wyłoni się dom, młyn i staw. Po horyzont nie widać sąsiadów. "Guten Tag! Herzlich Willkommen!" – Maria Drzymała uczy się powitania. Jest Wielkanoc 2003 r., a ona z mężem i córkami czeka na pierwszych gości. W rodzinnym gospodarstwie, które od dziś nazywa się agroturystycznym. Maria i jej mąż Joachim oddają gościom małżeńską sypialnię na parterze. Spędzali w niej wszystkie noce od dwudziestu lat. Dzisiejszej śpią w pokoju na piętrze. Maria nie zmruży oka, martwi się, czy goście dobrze się czują. Niepotrzebnie. Niemcy zostawiają duży napiwek. Po miesiącu listonosz przynosi paczuszkę z Dortmundu. W środku kurs nauki niemieckiego.
Trzydzieści kilka lat temu. Maria jeszcze nie nazywa się Drzymała. Ma dziewięć lat, mieszka we wsi Staniszcze Małe pod Opolem. Obserwuje, jak mama obiera ziemniaki: "Już wiem, jak będzie wyglądało moje życie – mówi. – Będę miała dzieci, a moim mężem będzie Joachim Drzymała". To syn rolnika z sąsiedniego Krasiejowa. Ma 21 lat, Marysia widziała go, gdy przyprowadzał zwierzęta do jej taty weterynarza. Dziesięć lat później Joachim zakochuje się w Marii. Dziś oboje nie bardzo pamiętają, kto kogo uwodził. Po ślubie rodzi się Dorota, a dziesięć lat później Ania. Joachim i Maria ze śmiechem wspominają początki małżeństwa. Maria, absolwentka liceum ekonomicznego, pracowała w księgowości. Wyobrażenie o gospodarstwie miała mgliste. Rodzice wyręczali córkę w fizycznej pracy. Maria była delikatna i krucha, pisała wiersze, czytała Dostojewskiego i marzyła o polonistyce. Nie poszła na studia, nie było pieniędzy. – Po ślubie zwolniłam się. Taki był zwyczaj: kobieta, wychodząc za mąż za rolnika, "szła na gospodarstwo" – wspomina. Szybko zderzyła się z rzeczywistością: odbiera poród owcy, zabija koguta. – Zrobiłam to. Wstydziłam się powiedzieć, że się boję – opowiada. Przez rok śni jej się, że rano bierze torebkę i wychodzi do biura. Rok 2003. "Dostałam wypłatę w swojej nowej własnej pracy!" – Maria dzwoni pochwalić się siostrze po wyjeździe pierwszych gości – tych, dla których uczyła się "Herzlich Willkommen". Po raz pierwszy w życiu od czasu, kiedy wyszła za mąż, trzyma w ręku własne pieniądze. To zawsze Joachim zawoził zwierzęta i zboże do skupu. Teraz Maria opowiada siostrze o wizycie Niemców.
Pani Helga uparła się, by przygotowywać święta. – Piekła ze mną ciasta, gotowała jajka. Dogadywałyśmy się na migi – wspomina Maria. Zachwyceni Niemcy polecają gospodarstwo Drzymałów swoim sąsiadom. Zachwyceni sąsiedzi na wakacje "przysyłają" do Starego Młyna przyjaciół Francuzów. "To prawda, że wasz rząd ustala, czy Teletubisie nie są gejami?!", "Czy Lechem Kaczyńskim steruje brat?!" – para Francuzów zadaje mnóstwo pytań. – W polskiej polityce orientowali się lepiej ode mnie – śmieje się Maria. Sophie ma polskie korzenie – mówi po polsku z francuskim "r". Opowiada, że wszystko wie z internetu, ale woli sprawdzić, co myślą zwyczajni Polacy. – Czasem żartujemy z mężem, że agroturystyka jest trudniejsza niż praca w oborze – opowiada Maria. Szczególnie zagraniczni turyści nie odstępują gospodarzy na krok. Wypytują o wszystko, chcą jeść z nimi wszystkie posiłki. Przyglądają się pracy w gospodarstwie. Chcą pomagać. – Starsza Angielka uparła się, że będzie pielić ogródek. Wyrwała całą pietruszkę, myśląc, że to chwasty – wspomina Maria. Dziś, po pięciu latach, urządza nawet pikniki dla firm. Rekord to impreza dla 250 pracowników pobliskiego szpitala i ich rodzin. Sława gospodarstwa rozeszła się po gminie. Urzędnicy obiecują renowację zabytkowego młyna Drzymałów. A niewiele brakowało, by Maria nigdy nie zajęła się agroturystyką.
COŚ SIĘ ZMIENIA
"Obcy w domu?! Nie wyobrażam sobie!" – protestował kiedyś Joachim. Po niedzielnej mszy Maria opowiada znajomym kobietom, że myśli o agroturystyce. "Okradną was albo jeszcze coś gorszego zrobią!" – ostrzegają. Jest rok 2002, a Maria zdesperowana. Olbrzymie 40-hektarowe gospodarstwo z roku na rok przynosi coraz mniej dochodów. Pięć lat temu była tu powódź, zalało wszystko, ale dom, który do rodziny Drzymałów należy od 400 lat, ocalał – stoi na wzniesieniu. "Co chwilę macie gości. Przesiadują przy ognisku Weźcie się do agroturystyki", zachęca znajomy lekarz. Pomógł przypadek. "Rodzina z Niemiec chce przyjechać do mnie na urlop. Niech mieszkają u was, zarobicie" – do Marii dzwoni kolega z sąsiedniego Ozimka. Domyśla się, że Drzymałowie mają problemy, brakuje im pieniędzy, by zapłacić podatek rolny. – Nie opowiadaliśmy o kłopotach. Było nam wstyd, że mamy tak wielkie gospodarstwo i nie potrafi my na nim zarobić – wspomina Maria. Z mężem ma umowę: ona prowadzi agroturystykę, on pracuje w gospodarstwie. Gdy potrzeba, chętnie zamieniają się rolami. "Szukam ludzi do pracy w gospodarstwie" – dwa lata temu Maria zamieściła ogłoszenie. Nie odpowiedział nikt. – Wszyscy wyjechali do Holandii, Niemiec – mówi. Ale coś jednak się zmienia. Coraz więcej kobiet zabiera się do agroturystyki. Spotykają się, by wymienić doświadczenia. – Rodzina jest najważniejsza, ale tylko dom i gospodarstwo nie da kobiecie pełnej satysfakcji – opowiada. Od kiedy ma "fi rmę", nie zdarzają się jej melancholijne nastroje. Z mężem mają nowe tematy do rozmów. – "Tam posadzę owies, tu kukurydzę" – mówił Joachim. – Dziś planujemy muzeum w młynie, opowiadamy o ludziach, którzy przyjechali na wakacje i zostali naszymi przyjaciółmi. Niedawno Drzymałów odwiedzili Niemcy. Ci od kaset do nauki języka. Jedli obiad, do pokoju weszła dziesięcioletnia Ania. Nienagannym niemieckim opowiadała im o swoich psach. I wyjaśniła, że w przyszłości zamierza być kynologiem.
Ela Smiarowska: ŚWIAT SAM ZAPUKA DO MOJEJ WSI
Pustynka – choć to zaledwie 40 km od Wrocławia, dwa lata temu nie było tu nawet prądu. Do dziś nie ma: sklepu, latarni ani kawałka asfaltowej drogi. Był PGR. Padł i całą ziemię wykupił jeden człowiek. Ludzie dzielą się dziś na tych, którzy pracują u niego, i na tych, co piją i zbierają złom. Pięć domów. Dwa morderstwa – jedyny raz, gdy o Pustynce pisały gazety. Jest rok 2001. – Ta wiocha jest przeklęta! Trzeba uciekać! Z Pustynki, z Polski, tu nic mnie nie czeka! – Koleżanki Eli są zgodne. Wyjeżdzają kolejno: Kaśka z Kostomłotów leci do Chicago, Marta z Mrozowa do Genewy, Iza z Karczyc do Londynu. Ślą Eli zdjęcia. W kopertach, bo w Pustynce nie ma internetu. A komórka traci zasięg. "Kaśka pod statuą wolności, Kaśka i drapacze chmur", "Iza i Big Ben" – Ela na razie ogląda zdjęcia. Za rok zdaje maturę i leci do Stanów. Zna je z Kalifornii i Kryminalnych zagadek Nowego Jorku. Już wie, co włoży do walizki: Kilka swetrów, bo Chicago to "wietrzne miasto", dwadzieścia kaset z kursem angielskiego dla samouków, przewodnik Pascala.
MOJA AMERYKA
Najbliższy i jedyny sklep w okolicy Pustynki jest kilka kilometrów dalej, w Karczycach. Na drzwiach dzwonek, bo to sklep w prywatnym mieszkaniu. Drogo. Gdy mają czas, rodzice Eli jeżdżą do Środy Śląskiej lub Wrocławia do Biedronki. Mama Eli ma prawo jazdy. – Gdy rodzice kupowali malucha, starczyło pieniędzy na samochód i tylko jedno prawko – wspomina Ela. Jej rodzina to mama i ojciec, dojeżdżają do pracy w fabryce maszyn we Wrocławiu, 12-letni brat i babcia, która niedawno z nimi zamieszkała. Po chorobie nie wróciła do zdrowia i chodzi z balkonikiem. "Długi weekend w Pradze?" – klasa Eli umawia się na majowy wyjazd. Jest rok 2000. Ela jako jedyna nie jedzie, nie ma pieniędzy. Uczy się we wrocławskim liceum, bo tu wyższy poziom niż w szkole w Środzie Śląskiej. Nie stać jej na wrocławskie kluby. A w Pustynce nie ma żadnego. Jedyny bar w okolicy 25 kilometrów dalej, w Miękini. W sobotę jest tu dyskoteka. Nie dojeżdża autobus, więc młodzi ludzie po dyskotece wsiadają pijani do samochodów.
– Żyłam w dwóch światach. W Pustynce brak prądu i zero komunikacji. By zdążyć do szkoły, szłam kilka kilometrów do przystanku w Karczycach. Bus ruszał o szóstej rano. Dziewczyny z klasy były odwożone przez rodziców. Dwie mercedesami – wspomina. Rodzice powtarzają jej i bratu: "Pieniądze nie są najważniejsze, ale to, by być uczciwym. I pomagać innym, ale nie dać się przy tym wykorzystywać. I jeszcze: mieć w życiu cel". Ona ma: trenuje gimnastykę artystyczną. Jest świetna, ale na ważne zawody nie jedzie. Bo rodzice nie sponsorują drużyny. "Ela! Składaj podanie o wizę. W przyszłym miesiącu wysyłam ci zaproszenie!" – pisze Kaśka w marcu 2001 roku. W Wielkanoc pukanie do drzwi. Ela od kilku dni czeka na listonosza. "Wesołych świąt!" – to tylko pijany sąsiad przyszedł podzielić się jajkiem. W maju Ela ma już amerykańską wizę. Wtedy nagle umiera mama. – To był koniec marzeń o wyjeździe. Nie potrafi łam zostawić ojca samego z bratem i schorowaną babcią. Myślałam, co powiedziałaby mama. Nie wie, że będzie trudniej, niż przypuszczała. "Nie jesteś moją matką, nie muszę cię słuchać!" – krzyczy do siostry 12-letni brat, który do tej pory był grzecznym dzieckiem. Teraz opuszcza się w nauce – Ela wie, chodzi na wywiadówki. Ojciec wpada w depresję i traci pracę. W domu psuje się pralka. Zanim uskładają na nową, Ela przez kilka miesięcy pierze w wannie. Zimą zasłaniają okna kocami i płytami, bo szyby są pojedyncze. "Pożyczysz mi 10 zł na chleb?" – Ela zaczepia kolegów z klasy. "Co ty, bawisz się w kloszarda?" – koledzy myślą, że to żart. Ale pożyczają. – Miałam dosyć. Krzyczałam na tatę, że to przez niego tak żyjemy, jak w slamsie – opowiada. By oddać pożyczane pieniądze, pracuje jako hostessa we wrocławskich hipermarketach. Któregoś dnia dom odwiedzają policjanci. "Mamy donos. Prowadzi pani dziuplę. Handel kradzionymi samochodami?" – pytają Elę. A to tylko kolega sprowadził z Niemiec wielkie volvo i postawił na kilka dni w jej ogrodzie. – Ktoś z sąsiadów musiał wymyślić ten absurd – wspomina Ela. W tym czasie też kilka razy dowiedziała się, że "jest w ciąży". Plotki ignoruje. Ojciec tłumaczy jej: "Najważniejsze, że rodzina wie, jaka jest prawda". A ona zaczyna dusić się w Pustynce. Ucieczki do Wrocławia. Na kilka dni. W szkole popala marihuanę. – Zagłuszałam nią "doły" i wyrzuty sumienia. "Po maturze lecę do Stanów. Ojciec i brat jakoś sobie poradzą" – mówi sobie.
ŚWIAT TAKI SAM
"Niech pani kładzie się na noszach! Pani samochód już nie pojedzie!" – krzyczy lekarz pogotowia.
Jest noc, Elka wracała z Wrocławia do Pustynki. Tir staranował jej samochód. – Leżałam w gorsecie i patrzyłam w sufi t przez całe dnie – wspomina pobyt w szpitalu. – "Może tak miało być?", myślałam, próbując nadać sens temu, co się stało. "Może Ameryka nie jest mi pisana? – zastanawiałam się.
– Mój angielski nigdy nie będzie świetny. Nie mam talentu do języków. W Stanach skończyłabym, zmywając naczynia. A w Polsce? Tu mam dla kogo żyć", pociesza się. W szpitalu przyrzeka sobie, że nie zostawi ojca. Wyjedzie z Pustynki, jeśli brat się ożeni i zostanie, by opiekować się tatą na starość.
Po wypadku dostaje odszkodowanie. Kilka tysięcy złotych. Na siebie nie wydaje ani złotówki. Wszystko przeznacza na wymianę okien w domu i pomnik na grobie mamy. – To, że nic sobie nie kupiłam, nie było wielkim wyrzeczeniem. Po prostu przestałam skupiać się na własnych potrzebach i użalać nad sobą – opowiada. Gdy kilka miesięcy później w okolicy Pustynki tir potrąca dziewczynkę idącą poboczem do szkoły w sąsiedniej wsi, Ela razem z sąsiadką pisze petycję do urzędu gminy. Walczy o to, by do jej wsi dojeżdżał szkolny autobus, by na drodze pojawiły się znaki "uwaga, dzieci!". Urzędnicy do dziś ślą wymijające odpowiedzi.
Wrocław, kwiecień 2008 r., Ela spaceruje po wrocławskim rynku. Jest studentką Uniwersytetu Przyrodniczego. Chce zostać dietetyczką. Studia są dzienne, więc zarabia na nie, pracując po zajęciach i we wszystkie weekendy w jednej z wrocławskich restauracji. Na zabawę ma tyko jeden wieczór w tygodniu – środowy. Idzie na karaoke albo na fi lm. Ostatnio widziała Rezerwat. Potem czytała wywiad z Sonią Bohosiewicz. Mówiła, że kobieta, która ubiera się w Dolce&Gabbana może mieć mniej klasy i wrażliwości od tej, która ma kiepsko utlenione włosy, bo nie stać jej na dobrego fryzjera. I że zna ludzi zarabiających 20 tysięcy miesięcznie, będących frajerami, z którymi nie napiłaby się kawy. – Też mam podobne odczucia, gdy rozglądam się wśród ludzi na roku – śmieje się Ela. Sama nie ma "kiepsko utlenionych włosów" ani kompleksów, gdy patrzy na wystrojone dziewczyny z roku. Wygląda dobrze – kucyk, proste dżinsy i koszulki. Wybiera zestaw, który nie traci "daty ważności" po sezonie. Ogląda zadbane dziewczyny idące deptakiem. Wie, że kiedyś znudzą im się klimatyzowane kluby fitness w hotelach i centrach sportowych. Kiedy skończy studia, dla nich założy w Pustynce farmę piękności.
– Przeszukuję internet w poszukiwaniu dotacji dla absolwentów uczelni mieszkańców prowincji – opowiada. – Wiem, że mam szanse na unijne pieniądze. Być może w moim ogródku zbuduję nawet minibasen? Pod okna jej domu podchodzą sarny i dziki, nocą po ogrodzie hasają zające. To miejsce, które kilka lat temu nazywałam "przeklętym", może być jeszcze moim atutem. Założę tu gabinet, a potem ekologiczne spa – dodaje Ela. Ma jeszcze jedno marzenie. Śmieje się, że to typowe dla dziewczyny z prowincji. Chodzi o dzieci. – Chcę mieć czwórkę, a pierwsze przed trzydziestką – tłumaczy. – A dzieci najfajniej chowa się na wsi. A jej ojciec dodaje: "Nie zamieniłbym tego domu z ogródkiem na apartament we Wrocławiu". Jednak czasem się martwi: "Boję się, córcia, że skończysz tak jak ja – nigdzie nie podróżowałem, świata nie widziałem". Ela mu odpowiada: "Świat wszędzie taki sam, tato. Tylko waluta inna. A zresztą, Wrocław się rozbudowuje. Nie musimy nigdzie jechać, za kilka lat świat sam podejdzie pod nasz dom".
Aneta Adamska: SINGIELKA CZY STARA PANNA
Młodynie Dolne: do najbliższego miasta – Białobrzegów – 18 km, do Radomia 45, do Warszawy 130. We wsi jedyny sklep. W nim jedyny etat ekspedientki. Reszcie kobiet pozostaje "tunel", foliowa szklarnia z papryką, Gdy się w niej rozgrzeje, trudno wytrzymać z gorąca. Ucieczką z tunelu jest wyjazd do Białobrzegów, Radomia. Albo wyjście za mąż. Wakacje 1997 r., południe, upał. Aneta, licealistka, pracuje w polu, zbiera fasolę. Towarzyszy jej trójka rodzeństwa. Kilka metrów dalej, na łące, opalając się, obserwują ją "miastowe". Przyjechały tu do swoich babć, spały do jedenastej, teraz – w południe, kładą się na kocach ubrane w skąpe różowe bikini. Dwie z nich w ciemnych okularach z daleka wyglądają jak Salma Hayek z Jennifer Lopez. – Nigdy nie wyjechałam na kolonie. Wakacje kojarzyły mi się z pracą, a nie opalaniem. Choć plecy zawsze miałam spalone od słońca, idąc w pole specjalnie wkładałam bluzkę z odkrytymi ramionami – wspomina Aneta. – Widok tych opalających się dziewczyn prześladował mnie każdego lata. Chyba pomógł mi podjąć decyzję, żeby iść na studia – śmieje się. Dziś Aneta ma 28 lat, wciąż mieszka w Młodyniach i jest szefową jednego z działów urzędu administracji państwowej w Białobrzegach. Kończy studia podyplomowe z finansów i bankowości. Trzy lata temu skończyła warszawską SGGW. Gdy na nią zdawała, kobiety ze wsi mówiły: "Po co ci te studia? I tak do garów pójdziesz".
WIELKI ŚWIAT? DZIĘKUJĘ
Kwiecień, 2008 rok. Aneta kupuje mieszkanie w Grójcu. Wolałaby domek w Młodyniach, ale od kilku lat nikt nie sprzedaje żadnego. Kredyt jest olbrzymi, ale Aneta nie boi się ryzyka. W mieszkaniu w Grójcu powiększa okna, wyburza ściany. – Potrzebuję przestrzeni, może dlatego, że urodziłam się na wsi? – zastanawia się. Mówi, że urządzi jak loft, żadnych zbędnych mebli. W internecie przegląda berlińskie lofty. Sentyment – jej pierwszą zagraniczną podróżą był wyjazd do Niemiec. W 2002 roku Aneta kończy studia i zaczyna pracę w Ośrodku Doradztwa Rolniczego. Bawaria ogłasza w Polsce konkurs dla młodych rolników. Do wygrania półroczne praktyki rolnicze i kurs niemieckiego. Z setki osób dostaje się dwudziestka – w tym tylko trzy kobiety. Wśród nich Aneta. Bawarską komisję przekonuje łamanym niemieckim (uczyła się trochę w liceum), że chce zobaczyć świat, nauczyć się języka. Braki językowe maskuje pewnym siebie uśmiechem. Nie spuszcza wzroku z komisji. "Zrobiłaś na Bawarczykach genialne wrażenie. Powiedzieli, że nie spotkali tak entuzjastycznej i roześmianej Polki i że nawet, gdybyś nie umiała ani słowa po niemiecku, to i tak wygrałabyś konkurs" – słyszy od tłumaczki. – Myślę, że odważyłam się wystartować i zdawać na studia dzięki mamie – wspomina Aneta. Mama: nauczycielka matematyki w sąsiedniej wsi Bukównie. Całe życie wstawała o szóstej rano, żeby przed pracą zrobić dzieciom śniadanie, a po powrocie do późnych godzin pracowała fizycznie w gospodarstwie i w domu. Ojciec, zawodowy kierowca, jest rzadkim gościem. Mama Anety jest jednocześnie jej szkolną matematyczką. Wie, kiedy córka nie odrobiła lekcji. Następnego dnia wzywa ją do tablicy.
Żadnej taryfy ulgowej. Dwója. Kompromitacja przed klasą.
– Miałam do mamy żal. Dziś jestem wdzięczna – mówi Aneta. Z czwórki przyjaciółek z podstawówki tylko ona kończy studia. W kwietniu 2003 r. ląduje w Monachium i od razu wybiera się do Starej Pinakoteki. Widzi Czterech Apostołów, ostatnie dzieło Albrechta Dürera. Potem wyjeżdża na praktyki – na wieś, 80 km pod Monachium. – Ich wioski wyglądały jak nasze miasteczka. Murowane domki, czyste chodniki zamiast rowów z błotem, wpadłam w zachwyt – wspomina. Mieszka u młodego niemieckiego małżeństwa. "Pokaż nam, skąd pochodzisz – Ute rozkłada mapę. – O tutaj gdzieś są Młodynie, pod Radomiem. A tu mieszka mój chrzestny – Aneta wskazuje Szczecin. – Szczecin? To są Niemcy" – słyszy. Z niedowierzaniem patrzy na mapę, czy może nie jest przedwojenna. – Była z 1979 roku, tego, w którym się urodziłam. A Ute to wykształcona kobieta, tłumaczka francuskiego i angielskiego – wspomina Aneta. Wysłuchuje utyskiwań, że przez przegraną wojnę Niemcy wciąż mają "pod górkę" i muszą wciąż wszystkich przepraszać. – "No ale gospodarczo wyprzedzacie nas o kilka długości – pociesza Aneta. – To trzeba było przegrać wojnę. Byłabyś Niemką. – Nie. Byłabym Polką urodzoną w Niemczech i pewnie dziś bym u ciebie tylko sprzątała" – odparowuje Aneta. – Tego wieczoru leżąc w łóżku, uświadomiłam sobie, że w "wielkim świecie" zawsze będę tylko dziewczyną z Polski. Zrozumiałam, że nigdzie nie poczuję się tak bardzo u siebie, jak w Młodyniach, wśród rodziny – wspomina Aneta. Do Polski wraca z bardzo dobrą znajomością niemieckiego i pieniędzmi, za które kupuje samochód. "Mąż tam w świecie za funtem odkładał funt, miał toyotę piękną aż strach" – Aneta nuci Jolkę Budki Sufl era na trasie Warszawa–Młodynie. – Rozpierała mnie duma, że nie muszę czekać, aż jakiś mąż kupi mi toyotę, że potrafi łam sama a nią zarobić. W mojej wsi wiele kobiet było zdanych wyłącznie na pieniądze mężczyzn.
FACECI? CHYBA SIĘ BOJĄ?
"Wróciłaś?! Pewnie zaraz znowu wyjedziesz?" – Anetę zaczepiają ludzie w Młodyniach. – Młodzi ludzie stąd uciekali. Kto wyjechał, nigdy nie wracał – opowiada. Kilka dni później dzwoni telefon. "Nic nie rozumiem, ale to chyba do ciebie" – brat szybko przekazuje jej słuchawkę. "Słucham?" – mówi Aneta i błyskawicznie przechodzi na niemiecki. To koleżanka, którą poznała w Monachium. – Rodzina dopytywała, o czym rozmawiałyśmy. – Patrzyli na mnie z niedowierzaniem, że w pół roku można nauczyć się języka – opowiada.
DOKĄD PO POMOC?
Polka na prowincji nie jest już sama. Jeśli chce rozkręcić biznes, może liczyć na kompetentne doradztwo i pomoc w otrzymaniu grantów lub mikrokredytów. Oto dokąd powinna się zgłosić.
● Na wsi wciąż najbardziej naturalnym kontaktem są Koła Gospodyń Wiejskich. Sama organizacja zmieniła się i bywa, że dysponuje funduszami z Unii Europejskiej. Koło może być pośrednikiem w uzyskiwaniu grantów. Może także pomóc znaleźć "wspólniczkę" do projektu.
● Ośrodki Doradztwa Rolniczego zatrudniają pięć tysięcy konsultantów w całej Polsce. Pytaj o nich w każdym powiecie.
● Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa podpowie, jak zdobyć unijne dotacje; www.arimr.gov.pl
● Fundacja Centrum Promocji Kobiet ułatwia poszukiwanie pracy (nie tylko kobietom na prowincji), organizuje szkolenia. Udziela pomocy biznesowej i psychologicznej; www.promocjakobiet.pl, tel. 0 22 629 92 57
● Agencja Promocji Zawodowej Kobiet podpowie, jak skorzystać np. z Funduszu Rozwoju Przedsiębiorczości, pomoże w składaniu wniosków kredytowych, doradzi, jak rozwinąć Twój biznes; www.apzk.com.pl, tel. 0 58 305 22 44
● Program Inicjatywy Wspólnotowej Equal to program Unii Europejskiej na rzecz tworzenia większej liczby miejsc pracy. Zajmuje się m.in. równością płci w kontekście zawodowym. Możesz skorzystać z konsultacji, masz też dostęp (via Equal) do różnorodnych projektów europejskich (np. tych dotyczących polityki równości płci), w których i Ty możesz wziąć udział; www.equal.org.pl
● Serwis Informacyjny Ministerstwa Rozwoju Regionalnego to użyteczne narzędzie przy ubieganiu się o fundusze strukturalne z Unii Europejskiej. Informacja o programach i konkursach, poradniki. Z tej strony ściągniesz wnioski niezbędne, by skorzystać z unijnych dotacji; www.funduszestrukturalne.gov.pl
● W portalu organizacji pozarządowych znajdziesz informacje dotyczące m.in. równości płci, a przede wszystkim pomniejszych grantów i funduszy, o które możesz się ubiegać; www.rownosc.ngo.pl
● Stowarzyszenie Współpracy Kobiet to organizacja, dzięki której nie będziesz sama. Jeśli czujesz się zagubiona, masz pomysł, który chciałabyś zrealizować, nie wiesz, gdzie szukać rady, możesz liczyć na to, że w Stowarzyszeniu skontaktują Cię z kimś kompetentnym; tel. 0 58 344 97 50; www.neww.org.pl
Reklama
strona 1 z 2 (komentarzy: 17)
- Dzisiaj złożyłam paiery do Nadzoru Budowlanego, tak to koniec... Trzy lata walki z wiatrakami, tysiąc nieżyczliwych słów, tona rozczarowań, hektolitry złych emocji ... Ale też dobro, życzliwość ze strony "obcych" ludzi. Tak to dzięki Wam, Waszej sile udowodniłam światu, że warto walczyć o siebie, o realizację swoich marzeń. I tylko żal, że mężczyzna życia nie dał rady, nie zrozumiał, nie wspierał...
- zylam na prowincji 25 lat , klepiac z rodzicami biede i wiecznie oszczedzajac ! dzieki mamie , ktora robila wszystko aby kazde z dzieci ukonczylo chociaz szkole srednia , udalo nam sie wyrwac ze wsi ! dzisiaj odwiedzamy nasza miejscowosc bardzo chetnie i chyba tylko dlatego , ze nie musimy zmagac sie z jej problemami jakim sa np . znalezienie czy dojazd do pracy , opinia sasiadki zza plotu :) ! podziwiam dziewczyny , ktore postanowily jednak zostac !! prosze je tylko , aby zapewnily swoim dzieciom start w zyciu , aby mogly one wybrac w przyszlosci same gdzie bedzie ich miejsce na ziemi !! a to beda mogly zrobic wierzac we wlasne sily i mozliwosci , majac solidne wyksztalcenie i checi do pracy !
- Podziwiam dziewczyny które zostały ale te które chca a nie muszą.Ja uciekłam z mojej wioski rok temu.W mieście jest fantastycznie.Anonimowo,wbrew pozorom spokojnie.Nigdy bym sie juz nie wróciła.Miałam duzy dom z ogrodem,wspaniałe dziecinstwo i rodziców do których czesto zaglądam ale ... no własnie.Ludzie na wsi byli zawistni,tworzyli dziesiatki plotek na nasz i innych ludzi temat.Szkoła Podstawowa pożal sie Boże-ruina .Nauczyciele z innej bajki którzy wmawiali Nam że jesteśmy analfabetami.Słabszy dostę do materiałow naukowych.Zweryfikowałam to dojeżdzając do Liceum kiedy nie umiałam właczyć komputera a nauczyciele wymagali rzeczy niemozliwych,tak wtedy mi sie wydawało.Nigdy nie uwierzę,nigdy,nigdy,nigdy że poziom nauczania i dostępu do pewnych rzeczy sie wyrównał z miastem.To inna bajka i ten kto wychowany w miescie przyjezdza widzi niestety tylko zalety wsi -na poczatku!!!Ten kto zostaje lub wraca to dla mnie SYZYF.nIC NIE ZMIENICEI!!!pODZIWIAM I POZDRAWIAM.
- Nie każda wieś jet taka sama, tak jak nie każde miasto jest mekką kulturalną. To nie miejsce nas ogranicza tylko my sami. Mimo, że pochodzę ze wsi skończyłam elitarne liceum, skończyłam studia i myślę o dalszej nauce. Ważne aby być w zdodzie ze sobą. Ja nie mam asfaltowej drogi, ale ma nieograniczony dostęp do Internetu. Opłaca mi się prowadzić gospodarstwo ekstensywne innym nic się nie opłaca. Mam tylko jedną sąsiadkę ( wcale nie zawistną ) i co najważniejsze nie jestem anonimowa, nie ginę w tłumie szarych ludzi.
- nigdy sie z tobą nie zgodze ago sz
- masz prawo aniu i to jest w nas piękne... możemy sie różnić... ale nie dajmy sie sterotypom, walczmy z każdym nawet najgłupszym
- Życie w małym miasteczku tak, ale praca w dużym mieście, będą skąpe resztki małomiasteczkowego życia!Zniszczyć potrafi człowieka za dwa złote, brak na chleb i bandy narkomanów i alkoholików tak jest u mnie, widzę to tak gdyż pracowałam w szkole specjalnej i przeszłam przez..........
- Niewiarygodne, ale prawdziwe, że my młode " wiesniary" jak czasem słyszę to na korytarzu mojej uczelni, potrafimy zawalczyć o siebie nie tylko w WIELKIM miescie, ale i w malenkiej wsi! Czasem to syzyfowa praca tłumaczyc komus coś setny raz, zwłaszcza jesli chodzi o wykształcenie i pracę, które zdobywa sie własnnymi siłami, upartoscią i wytrwałą pracą, a nie kupione lub załatwione. Naprawdę walka z wiatrakami PRLowskiej przeszłosci bywa trudna, ale jesli w mieście mi nie wyjdzie to wrócę do mojej urokliwej małej ojczyzny, gdzie jest już internet, a jeszcze jest świeże powietrze i gdzie ludzie może nadal boją się nowości, ale ciekawym okiem zerkają i chca dotknąć. Podziwiam i nie zawacham się, kiedyś spełnić moiego marzenia o cichym domu ze stadniną koni w rodzinnej wsi!
- a ja podziwiam te dziewczyny które wbrew innym nie poddały się i walcza o to aby coś zrobić i poprawić swój i bliskich byt.Ja pochodzę z miasta ale już od najmłodszych lat uwielbiałam jeździć na wieś do babci i dziadka-taką prawdziwą wieś całość to 5 domów,do sklepu 3km.Do tej pory tam jeźdzę,będąc tam wcale nie tęsknię do miejskiego gwaru doceniam spokój jaki tam panuje, cieszę się że mam na wsi rodzinę. Myslę że to jest tak:my "mieszczuchy"tęsknimy za spokojem jaki może dać nam wieś a ludzie mieszkający na wsi -szczególnie młodzi tęsknią za wrzawą jaką daje miasto.
- ZNAM TO NA PAMIEC, 2 LATA SZUKALAM PRACY W MOIM MALYM MIASTECZKU NA MAZURACH. BRAK ZNAJOMOSCI, OSTUDZAL CHECI.WALCZYLAM, WALCZE NADAL. WYJECHALAM. TERAZ JESTEM ZA GRANICA, ALE TESKNIE... ZA SWOIM MALYM SWIATEM, GDZIE SZUMIA DZRZEWA, GDZIE POTOK WODY OBIJAJACY O PLATY USZU SZEPCZE, BY SIE NIE PODDAWAC. WROCE, RAZEM ZE SWOIM NARZECZONYM. WROCIMY, BY ZYC NA PROWINCJI I TAM WYCHOWYWAC SWOJE DZIECI,WROCIMY, BO TAM JEST NASZE MIEJSCE, TAM PODEJMIEMY ZNOWU WALKE, O NASZE MALE SZCZESCIE, W TAK MALYM MIESCIE JAKIM JEST ELK. POZDRAWIAM CIEPLUTKO !!!
-

Oprah Winfrey
Otwarta, szczera, empatyczna. Dla milionów Amerykanów jest wzorem człowieka sukcesu. Najbardziej...
- czytaj
-

Mężczyźni pięknych kobiet
Najpierw oszałamia uroda. Pojawia się zauroczenie. Ale prawdziwe piękno dostrzega się później. ...
- czytaj
-

Uśmiech losu
Zasada jest jedna. W odpowiednim momencie zauważyć niepowtarzalną okazję i mieć odwagę z niej...
- czytaj
-

Justyna Pochanke: Nie chcę więcej
Mam fantastyczną pracę, szczęśliwy dom. Osiągnęłam dojrzałość - mówi Justyna Pochanke.
- czytaj
-

Taki rok się zdarza raz...
Czasem wystarczy jedna iskra, by kariera rozbłysła, a nazwisko stało się znane w całej Polsce....
- czytaj
-

Wszystko szczęśliwie się ułożyło
Chyba jestem nudna - śmieje się w czasie spotkania. Może dlatego, że w moim życiu wszystko...
- czytaj
-

Na językach
"Nie ludzie słowa, ale słowa ludzi niosą", śpiewała Kayah. Jednak są tacy, którzy żyją wbrew...
- czytaj





