Środa, 16 kwietnia 2008
Pani nr 05 (212) 2008r.
Człowiek, który stworzył sam siebie
tagi: Patryk Vega, Michał Witkowski, Szymon Majewski, autokreacja, styl źycia, determinacja, sukces,
A MOŻE BY TAK JUŻ TROSZKĘ POGWIAZDOWAĆ… MICHAŁ WITKOWSKI
Jeden z najzdolniejszych młodych pisarzy. Rozgłos zapewniła mu powieść „Lubiewo” z 2005 roku. Dwukrotnie nominowany do Nagrody Nike. Laureat nagrody Gdynia. Za ostatnią książkę „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” dostał Paszport „Polityki”.
– Kiedy zaczynałem budować swój wizerunek, zauważyłem, że w świecie marketingu literackiego panuje zasada, że pisarz ma psi obowiązek posiadać biografię. Im bardziej traumatyczną, tym lepiej. Bez niej w ogóle nie nadaje się do kolorowych pism – tłumaczy Michał Witkowski.
– Nie musiałem nic zmyślać, zupełnie przypadkiem miałem odpowiedni życiorys. Tak się złożyło, że wszystkie traumy i ekscesy przeżyłem jako mło- dzieniec, na długo przed rozpoczęciem kariery literackiej. Do głowy mi wówczas nie przyszło, że to wszystko kiedyś może się przydać. Moje historie opowiadałem już tyle razy, że samemu trudno mi odróżnić prawdę od fikcji, jednak i tak pewne fakty zawsze musiałem raczej łagodzić, niż wyostrzać. Ale siedząc w modnych lokalach, takich jak ten, gdzie teraz jesteśmy, zawsze mogę sobie powiedzieć:„Byłem głodny, byłem na bruku, wiem, że życie to nie tylko »pianka«, ale i »kamienie«”. Pewne jest, że Michał Witkowski, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, dorastał w porządnym, inteligenckim domu. Jego mama prowadziła zajęcia na psychologii, ojciec jest profesorem i rektorem. – Oczywiście woleliby, żebym był grzeczny, ale musiałem ich jakoś zahartować. Późne popołudnie, spotykamy się w Między Nami, warszawskiej restauracji. Wszystkie stoliki zajęte. Sporo znanych, telewizyjnych twarzy: popularny prezenter, tancerz, stylista, modelka. Kilka osób pozdrawia Witkowskiego. – Nie bywam tutaj. Tu jest, jak dla mnie, zbyt snobistycznie – mówi Witkowski. – Z wydawcami, tłumaczami czy dziennikarzami wolę się spotykać w mniej „trendy” knajpkach w mojej dzielnicy (Mokotów). Ale na początku, zaraz po przeprowadzce do Warszawy, mieszkałem niemal nad Między Nami, więc naturalną koleją rzeczy „w szlafroku” schodziłem tu, udzielałem wywiadów czy obgadywałem interesy z producentami. W tych okresach, gdy piszę, jestem raczej introwertykiem i osobą zamkniętą, niechętnie się pokazuję. Ale gdy tekst jest już złożony, wówczas robię, jak to żartobliwie określam, „we własnej firmie PR-owej”. Ciemne, niedbale uczesane włosy, delikatne rysy twarzy, ubrany w markowe ciuchy. Pasuje do towarzystwa, które tutaj przychodzi. – To przyjemność znaleźć się w kolorowych magazynach, mieć piękne zdjęcia. Trudno tego nie lubić.
Na co dzień większości z nas (mnie też) daleko do doskonałości. Spoceni, targający zakupy… Miło być raz na jakiś czas oglądanym przez dużą liczbę czytelników w formie nieco uładzonej. Takim, jakim chciałbym być zawsze. Wypoczęty, powiedzmy, wciąż jeszcze atrakcyjny, dobrze ubrany. Lubię na tak zwane wielkie gale sprawić sobie coś naprawdę odjechanego. Ostatnio na rozdaniu Paszportów „Polityki” była to marynarka od Lagerfelda ze świecącej, opalizującej czarnej skóry. Drogie ubrania Witkowski mógł zacząć kupować dopiero cztery lata temu, kiedy razem z sukcesem „Lubiewa” przyszły pierwsze większe pieniądze. Książka została wydana przez offowe wydawnictwo bez promocji, z prostą okładką, w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy. Nikt wcześniej nie opisał tak drastycznie relacji między homoseksualistami. – „Lubiewo” wywołało rzęsienie ziemi. Ludzie kserowali, kopiowali, przepisywali na maszynach, po prostu cuda się działy. Co tydzień sprzedawało się dwa tysiące dodruku – mówi Witkowski. Autorem „Lubiewa” zainteresowały się media. – Trochę mnie poniosło, dla mnie ważne było wtedy, żeby o mnie pisano, żeby zaistnieć w kulturze masowej. Każdy, kto chciał, robił ze mną wywiad. Zupełnie tego nie kontrolowałem, zdarzało się, że moje słowa były przekręcane, coś zmyślano, dopisywano. Nie przyszło mi do głowy, żeby jakoś zareagować. Przyznaje, że popełnił parę błędów, pozwolił zrobić sobie jakieś idiotyczne zdjęcia, na przykład z doklejonymi tipsami. – Trudno, przecież tak naprawdę o tej popularności marzyłem. Pamiętałem, jak trzy lata wcześniej debiutowała Masłowska, była na okładkach. Jak ja jej wtedy zazdrościłem, wyobrażałem sobie, co zrobię, jak mi się kiedyś uda. Wtedy dla mnie szum w mediach był wyznacznikiem sukcesu. Ci, którzy byli w telewizji, pismach kobiecych, byli przez to „znanymi pisarzami”, a najczęściej były to pisarki. Kiedy Dorota Masłowska święciła triumfy, Witkowski dopiero wydawał swoją pierwszą książkę, zbiór opowiadań „Copyright”, który zdobył dwadzieścia pozytywnych recenzji, a jednak został natychmiast zapomniany. (...)
FAJNY Z NIEGO CHŁOPAK Szymon Majewski
showman, osobowość telewizyjna, laureat Wiktora. Kiedyś wygłupiał się przed kolegami w klasie, a teraz w autorskim programie „Szymon Majewski Show” co tydzień rozśmiesza kilka milionów Polaków. – Gdy w poniedziałek wieczorem jadę przez Warszawę i widzę ludzi na ulicach, to zastanawiam się: „Dlaczego oni nie siedzą w domach i nie oglądają mojego programu? Przecież on jest świetny” – mówi poważnym głosem Szymon Majewski. Przez chwilę myślę: „Żartuje, wkręca mnie czy może naprawdę ma tak dobre samopoczucie?”. – No coś ty – śmieje się Majewski, patrząc na moją minę. – Gdzieś w środku wierzę, że robię fajne rzeczy, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że mnóstwo osób ma kompletnie inne zdanie. „Szymon Majewski Show” emitowany jest szósty sezon. Co tydzień w poniedziałek o godzinie 21.30 przed telewizorami zasiada około trzech milionów widzów. – We wtorek rano znane są wskaźniki oglądalności, wszyscy się zbierają, komentują, robi się z tego taki rytuał. Próbowałem się tym nie interesować, ale to niemożliwe. Przyznam się, że bardzo nie lubię być oceniany. Odkąd pamiętam, byłem krytykowany.
Gdy pojawiłem się w telewizji w programie „Wieczór z Alicją” i pokazywałem swoje „wynalazki”, niektórzy diagnozowali, że „jestem chory psychicznie”, a moje żarty są dowodem na upadek mediów. Wiem, że nie jestem mistrzem świata w konkurencji humor. Ale gdybym słuchał każdej uwagi na swój temat, zaczął się zmieniać, dostosowywać do czyichś standardów, to już nie byłbym sobą. Myślę, że moim największym sukcesem jest to, że nie poddałem się, nie uległem naciskom, sugestiom, dobrym radom. To jest mój pomysł na Szymona Majewskiego. Rozmawiamy w japońskiej restauracji w centrum handlowym na warszawskiej Pradze. Pora lunchu, Majewski zamawia sushi.
– Na szczęście mam wrażenie, że mało kogo obchodzę jako osoba prywatna. Nie ma mnie w tabloidach, paparazzi mnie nie śledzą. Być może jako przykładny mąż i ojciec nie dostarczam ciekawych tematów, na imprezach także bywam rzadko. Jeśli wtedy ktoś zrobi mi kilka zdjęć, nie dramatyzuję. Nie ukrywam się ani nie udaję, że popularność mnie nie dotyczy czy też nie interesuje. Jeśli chcesz być anonimowy, to nie idziesz do telewizji. Od dziecka lubił się wyróżniać, zwracać na siebie uwagę. – Uwielbiałem się wygłupiać, kiedy wszyscy się śmiali, byłem przeszczęśliwy. Już w przedszkolu zauważyłem, że żarty pomagają mi zdobywać przyjaciół, później w podstawówce rozbawiałem też nauczycieli i czasem dzięki temu udawało mi się uniknąć odpytywania. Uczniem był przeciętnym, cenzurki przynosił kiepskie. – Może trochę na przekór mówiłem, że czeka mnie wspaniała przyszłość. Różne ciocie narzekały, że nic ze mnie nie będzie, przyjeżdżał wujek, profesor, który powtarzał przy każdej okazji, że chyba jestem mitomanem. Tylko moja mama i dziadek bronili mnie: „Dajcie mu spokój, to fajny chłopak”. Oboje zawsze potrafili znaleźć we mnie coś dobrego, pochwalić. Podobno mój dziadek odpowiadał wierszem: „A że Szymon nie jest kiep, z tej mąki będzie chleb”. Strasznie się cieszę, że mieli tyle cierpliwości. Majewski fatalnie wspomina liceum. – Z każdą godziną dawano mi coraz bardziej do zrozumienia, że nie pasuję, jestem gorszy, głupszy. Czułem się tłamszony. Raziły moje długie włosy, dziwne ubrania – nosiłem własnoręcznie zafarbowane dżinsy, zakładałem apaszkę do czarnej koszuli. Do tego kiepsko przyswajałem wiedzę podręcznikową. Na początku jakoś przeczołgiwałem się z klasy do klasy, ale w trzeciej utknąłem na dobre, nie zdałem, maturę zrobiłem w wieczorówce. Jedynym nauczycielem, który docenił Majewskiego, był polonista. Kiedyś zatrzymał go i powiedział: „Wiesz co, Szymon, czytałem twoją pracę. Postawiłem ci cztery mniej, bo w sumie to nie było na temat, ale coś w tobie jest, tylko trzeba się temu uważnie przyjrzeć”. To zdanie: „Coś w tobie jest” słyszał później jeszcze wiele razy. To coś, czyli oryginalne pomysły, okazało się przepustką do wszystkiego. – Wierzyłem, że coś potrafię, ale nie umiałem udowadniać swojej przydatności, wyjść przed szereg i sprzedać się. Za każdym razem liczyłem na to, że spotkam ludzi, którzy mnie zauważą. Po liceum miał moment załamania. – Wszyscy pozdawali na studia, gdzieś się pozaczepiali, a ja z maturą z wieczorówki…Nie miałem pojęcia, co dalej, żadnego pomysłu. Na dodatek ścigało mnie wojsko, ukrywałem się. Zmarł mój ukochany dziadek. Totalny dół. Mogę z tego okresu wyciągnąć tylko jeden wniosek – widocznie co cię nie zabije, to cię wzmocni. (...)
Reżyser, scenarzysta, producent. Jeden z najbardziej utalentowanych filmowców młodego pokolenia. Debiutował znakomitym filmem sensacyjnym „Pitbull”, nakręcił serial „Twarzą w twarz”. Teraz pracuje nad pięcioma projektami równocześnie. Spotkanie umawia jego asystentka. Zaprasza do firmy. Dwupoziomowe mieszkanie w bloku na Ochocie. Zwykłe, biurowe meble, kilka komputerów. Pokój szefa na antresoli. – W ubiegłym roku otworzyłem własne studio produkcyjne Magic Hour – mówi Patryk Vega. – Nie znoszę, jak ktoś się wtrąca w to, co robię, lubię mieć nad wszystkim pieczę. Nie zrobiłem tego z ambicji producenckich, tylko dlatego, że chcę mieć większą kontrolę nad projektami, pod którymi się podpisuję.
Kiedy trzynaście lat temu zaczynałem przygodę z filmem, nikt we mnie nie wierzył. Nikt, poza moją matką, która zawsze powtarzała mi, że mogę osiągnąć wszystko. Jedynak, wychowywał się bez ojca. Im dłużej się nad tym zastanawia, tym bardziej jest przekonany, że dzieciństwo miało zasadniczy wpływ na to, kim teraz jest. Jego ojciec wyjechał do Stanów, kiedy Patryk miał rok, przestał się kontaktować z rodziną. – Brakowało mi męskiego wzorca, nie chciałem mieć autorytetów, więc zamiast tego stworzyłem we własnej głowie wspaniały obraz samego siebie. Wmówiłem sobie, że jestem najlepszy i postanowiłem trzymać się tej wersji. Pamięta mnóstwo zabawnych sytuacji. W czwartej klasie podstawówki wybierano mistera klasy.
Patryk był najgrubszym chłopakiem, ale i tak uważał, że tylko jemu należy się tytuł. Kiedy go nie wybrano, obraził się na wszystkich. Gdy grał w totka i usłyszał, że ktoś trafił szóstkę, czuł się, jakby go oszukano. Przecież to on powinien wygrać. – Nietrudno się domyślić, że rówieśnicy mnie nie znosili. Ale nie przejmowałem się tym, wydawali mi się dziecinni, a ich problemy głupie. On chciał być sławny, podziwiany przez wszystkich. Musiał tylko znaleźć dziedzinę, w której osiągnie sukces. Na początku wymyślił sobie, że zostanie piłkarzem i zapisał się do szkółki. Gdy zorientował się, że drugim Maradoną nie będzie, porzucił treningi bez wahania. Później przeżył epizod z heavy metalem, zapuścił włosy, zmienił styl ubierania się, chciał być wokalistą. To też mu nie wyszło.
– Wbrew pozorom byłem samokrytyczny, szybko zdawałem sobie sprawę ze swoich słabych stron. Miał dwanaście, najwyżej trzynaście lat, gdy odkrył, że patrzy na świat jak na obrazy z filmu. Słyszał fragment rozmowy i w głowie wyświetlał mu się dialog dwóch aktorów, przejeżdżał nad Kanałem Żerańskim i widział idealne miejsce zbrodni, w lesie zapadała noc, a on okiem kamery wyobrażał sobie scenę z horroru. Po podstawówce wylądował w technikum elektronicznym. – Myślałem, że będą nas uczyć trójwymiarowej techniki komputerowej, a my składaliśmy tranzystory. Czułem, że wariuję. Nie uczyłem się, wagarowałem, na lekcjach pojawiałem się ubrany w smoking. Codziennie wypożyczał trzy, cztery filmy i oglądał do późna w nocy. Zdecydował, że będzie robił kino akcji. – Miałem dziewiętnaście lat, gdy napisałem pierwszy scenariusz. To była zwykła kalka amerykańskich produkcji, a ja oczywiście uważałem, że jest znakomity. W tym czasie zmieniłem też nazwisko. Nie zamierzałem kręcić filmów w Polsce, chciałem zrobić karierę na Zachodzie. Vega oznacza najjaśniejszą gwiazdę, jest proste do wymówienia, uznałem więc, że będzie pasować. Dziś marzenia o międzynarodowej karierze zaczynają się spełniać. Jeden z jego projektów, film o rosyjskiej mafii „Wor w zakonie” to koprodukcja polsko-ukraińsko-rosyjsko- -niemiecka. – Wybieram tematy, które mają szansę zainteresować ludzi na Zachodzie, dlatego nie interesują mnie polskie fobie i kompleksy. Moim celem nie jest nagroda w Gdyni, chcę być porównywany z najlepszymi na świecie. Nie utrzymuje kontaktów w środowisku, nie przyjeżdża na festiwale, nie chodzi na bankiety. (...)
-

Oprah Winfrey
Otwarta, szczera, empatyczna. Dla milionów Amerykanów jest wzorem człowieka sukcesu. Najbardziej...
- czytaj
-

Mężczyźni pięknych kobiet
Najpierw oszałamia uroda. Pojawia się zauroczenie. Ale prawdziwe piękno dostrzega się później. ...
- czytaj
-

Uśmiech losu
Zasada jest jedna. W odpowiednim momencie zauważyć niepowtarzalną okazję i mieć odwagę z niej...
- czytaj
-

Justyna Pochanke: Nie chcę więcej
Mam fantastyczną pracę, szczęśliwy dom. Osiągnęłam dojrzałość - mówi Justyna Pochanke.
- czytaj
-

Taki rok się zdarza raz...
Czasem wystarczy jedna iskra, by kariera rozbłysła, a nazwisko stało się znane w całej Polsce....
- czytaj
-

Wszystko szczęśliwie się ułożyło
Chyba jestem nudna - śmieje się w czasie spotkania. Może dlatego, że w moim życiu wszystko...
- czytaj
-

Na językach
"Nie ludzie słowa, ale słowa ludzi niosą", śpiewała Kayah. Jednak są tacy, którzy żyją wbrew...
- czytaj




