Lifestyle

Poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Twój Styl nr 05 (213) 2008

Wielka improwizacja

tagi: Dorota Miśkiewicz, jazz, muzyka, komponować, tekst, śpiewać, jazzmanka, koncert, artystka,

Jazz ma we krwi. Córka wielkiego saksofonisty chłonęła muzykę od dzieciństwa. I też chciała śpiewać, pisać, komponować, chociaż z takim nazwiskiem mogła być albo świetna, albo zginąć. Wypracowała własny styl, nawet krytyczny ojciec go szanuje. Więc Dorota Miśkiewicz czuje się dzieckiem szczęścia. Jest wolna, płacą jej za to, co lubi najbardziej, i jeszcze dzięki muzyce znalazła miłość.
Dorota Miśkiewicz
Dorota Miśkiewicz
Dorota Miśkiewicz
  • Dorota Miśkiewicz
  • Dorota Miśkiewicz
  • Dorota Miśkiewicz

Jazz ma we krwi. Córka wielkiego saksofonisty chłonęła muzykę od dzieciństwa. I też chciała śpiewać, pisać, komponować, chociaż z takim nazwiskiem mogła być albo świetna, albo zginąć. Wypracowała własny styl, nawet krytyczny ojciec go szanuje. Więc Dorota Miśkiewicz czuje się dzieckiem szczęścia. Jest wolna, płacą jej za to, co lubi najbardziej, i jeszcze dzięki muzyce znalazła miłość.

Żeby coś wymyślić, muszę się zatrzymać – mówi Dorota o tym, jak zabiera się do pisania nowej piosenki. – Leżę na kanapie, patrzę na chmury... – opowiada i aż trudno uwierzyć, że mówi to energetyczna, żywiołowa wokalistka. Niedawno z Markiem Napiórkowskim, swoim mężczyzną (gitarzysta jazzowy, koncertuje z czołówką polskiej sceny muzycznej), kupili mieszkanie na Powiślu, bo zaczarowały ich okna – wielkie, na całą ścianę. Tu jest baza. Kiedy Dorota pisze tekst, musi być sama; gdy komponuje, nie używa elektronicznego sprzętu, woli słyszeć "żywy instrument". Słowa zapisuje na kartce. Jej jazz musi być autentyczny. – Kocham w nim improwizację, która potrafi mnie ponieść w nieznane – twierdzi. Tę muzykę gra i śpiewa od dzieciństwa. Ma 35 lat i mówi o sobie: szczęściara. Bo to, co kochała od zawsze, jest jej zawodem. Żyje z hobby, odpoczywa, pracując.
leż byłam bezczelna!

ALEŻ BYŁAM BEZCZELANA

Warszawski klub Akwarium, początek lat 90. Dorota, uczennica liceum muzycznego, podekscytowana na widowni. Śpiewa Marzena Ślusarska. – Kurczę, nie wytrzymam – myślałam z zazdrością.
– Też bym sobie wyszła na scenę! Co prawda byłam wtedy tylko po kilku lekcjach śpiewu i umiałam dobrze jedną piosenkę, ale znałam perkusistę Czarka Konrada, więc idę do niego: "Słuchaj, a może ja też bym wystąpiła?". On zdziwiony: "Ale tak teraz?". Mówię: "Niekoniecznie, może być na koniec". Poszedł do Marzeny, wrócił: "Dobra, ona się zgadza, przygotuj się". Szczęśliwa staję przed publicznością i zaczynam mój popisowy numer – Girl from Ipanema. Śpiewam temat, jest cudownie. OK, myślę, teraz powinnam dać zagrać solo muzykom. Mrugnęłam do saksofonisty, dałam mu zagrać zaledwie kilka taktów. Wchodzę znowu i słyszę jak Czarek syczy: jeszcze nie teraz! Druga próba – znów nie to miejsce! Cóż, nie miałam specjalnej wiedzy o budowie utworu jazzowego, ale widownia i tak szalała, a pan szatniarz na koniec wyściskał mnie za debiut w kultowym klubie. Dzisiaj wiem, to było przede wszystkim nie fair wobec Marzeny.

Ale ja tak strasznie chciałam śpiewać – opowiada Dorota. Rosła w rodzinie muzyków, nasiąkała jazzem. Tata – wirtuoz saksofonu, mama po Akademii Muzycznej organizowała koncerty. – Do rodziców przychodzili przyjaciele, ale jacy! Ewa Bem, Włodzimierz Nahorny, Janusz Strobel, saksofonista i kompozytor Zbigniew Jaremko, Andrzej Trzaskowski, dyrektor orkiestry Polskiego Radia. Grali, śpiewali, puszczali płyty, imprezowali – wspomina Dorota. Jaremko został jej chrzestnym ojcem. Z Zachodu przywoził w prezencie winyle z jazzem, opowiadał o podróżach. Dorotka szybko nabrała przekonania, że muzyk ma życie kolorowe i przyjemne. Postanowiła zostać jazzmanką. Cały ten jazz Opole 2004. W koncercie premier piosenka Doroty W małych istnieniach. Ona na scenie, w jasnych szerokich dżinsach i koszulce bez rękawów odsłaniającej brzuch. Stremowana. – Patrzę na publiczność i wraca obrazek z dzieciństwa: siedzę na widowni, na scenie tata z Hanią Banaszak wykonują Nie, nie możesz teraz odejść... Ja płaczę ze wzruszenia, a za mną jacyś kolesie wcinają kiełbaski i mają wszystko w nosie – to było straszne.
A teraz sama stoję w światłach, a ktoś na widowni zaczyna trąbić na takiej trąbce, jakie mają kibice na stadionie. I lepiej słyszę tę piszczałę niż mojego basistę. Trudno, ważne, że publiczność się bawi – opowiada Dorota ze śmiechem. Opole było sukcesem, bo jej piosenka, jedyna bez wsparcia wytwórni płytowej, przebiła się do finału spośród 124 propozycji. A o to Dorocie chodzi, wydostać się z zaklętego kręgu jazzowej klasyki. – Szukam swojej drogi, choć narażam się "jazzowej policji", czyli konserwatystom, dla których odejście od tradycyjnej linii tej muzyki to artystyczne przestępstwo. Więc stoję na dwóch stołkach – jedna noga tu, druga tam. Klasyczni jazzmani jeszcze mnie nie skreślili, muzycy popowi wciąż nie zaakceptowali – mówi poważnie Dorota. Niepoważnie się nie da. Choćby ze względu na ojca. Henryk Miśkiewicz, największy polski saksofonista, to ikona polskiego jazzu. Od początku Dorota zastanawiała się, jak "środowisko" zareaguje na jej samodzielność. I co powie tata. Zwłaszcza że nie podejrzewał, jaką drogę córka wybierze. Opowiada Grażyna Miśkiewicz, mama i agentka Doroty: – Mąż wrócił z kontraktu za granicą. Dostajemy zaproszenie: koncert jazzowy, klub Manekin na Starym Mieście. Wiem, że coś przy tym robiła Dorota, więc idziemy. I nagle zatyka nas z wrażenia. Dorota śpiewa standardy i kilka swoich piosenek! Była wtedy w liceum, w tajemnicy komponowała i pisała teksty. A my myśleliśmy, że będzie skrzypaczką w orkiestrze!

CÓRKA GURU

– Jeśli chodzi o skrzypce, najważniejszy jest... futerał – żartuje Dorota. Czerwone pudło, które dostała od rodziców jeszcze w podstawówce, towarzyszy jej do dziś. Obok różowych dżinsów, które mama kupiła spod lady, jest pamiątką z czasów wahania: kim będę? – Wiedziałam już wtedy, że mam lepszy słuch niż moi rówieśnicy. I inny gust. Oni lubili hity z listy przebojów, ja słuchałam muzyki, którą tata przywoził z podróży. Odkryłam Ala Jarreau, Davida Sanborna, George’a Bensona, Jamesa Ingama. Czułam, że jestem krok do przodu – opowiada Dorota. W liceum pisała piosenki do szuflady. – Mój kolega z klasy, Piotr Siejka (dzisiaj producent muzyczny), docenił je pierwszy. Umawialiśmy się na próby i śpiewaliśmy razem. Nabrałam wiatru w żagle. To wtedy skrzypce przestały być najważniejsze. Zyskałam pewność, że kręci mnie muzyka rozrywkowa – Dorota gładzi czerwony futerał. Musiała jednak zmierzyć się z mitem. Nazwisko Miśkiewicz to była marka. Ale nie jej. Taty. Henryk Miśkiewicz był już jazzowym guru na miarę Stańki, Adamiaka, Nahornego czy Ptaszyna Wróblewskiego. – Nie chciałam żyć w jego cieniu. Chciałam robić swoje. Liczyłam się z jego opinią, ale się buntowałam. Przynosiłam nowy utwór i pytałam: "No i co? Co myślisz?". On milczał, patrzył na nuty, w końcu rzucał bezlitośnie: "Takie rzeczy tworzą umierający poeci". A ja wściekła obracałam się na pięcie. "Żadnej piosenki już ci nie pokażę!" – krzyczałam i wychodziłam z płaczem. Jego zdaniem pisałam nie tak – za trudna harmonia, za smutna melodia. Dawał mi swobodę, ale oceniał ostro – opowiada Dorota. Z czasem coraz częściej słyszała: "W sumie to nie jest takie złe, może miałaś rację?". Z drugiej strony sama dochodziła do wniosku: śpiewanie prostsze i weselsze nie jest gorsze. Tata miewa rację. – Teraz przynoszę płytę i nie mówię: oceń. Tyko zagaduję: który utwór podoba ci się najbardziej? – Nie zawsze im po drodze – zdradza Grażyna Miśkiewicz. – Więc mają zasadę: starają się razem nie koncertować. Dorotka chce pokazać, że stać ją na własną karierę, że ma pomysły i umie być niezależna.

NA WALIZKACH

Klub jazzowy, półmrok, gwar, dym z papierosów. Dorota ma sentyment do piwnicznej atmosfery.
– Byłabym zawiedziona, gdyby wprowadzono zakaz palenia w klubach. Lubi kluby, nie lubi przygotowań do tras koncertowych. – Najbardziej pakowania walizy – śmieje się, stojąc przed wielką szafą w apartamencie na Powiślu. – Przerasta mnie decyzja, jak ubrać się na scenę. Na wszelki wypadek biorę wszystko: dżinsy i top plus siedem różnych sukienek na wszelkie okazje – opowiada i dorzuca do walizki cztery pary szpilek. – Kiedyś występowałam w trepach na trzycentymetrowej podeszwie, do nich wkładałam spodnie z krokiem w okolicach kolan. Potem przerzuciłam się na trampki z kusą sukieneczką i długim białym płaszczem. Luz się skończył, gdy któregoś dnia kolega pianista napomknął: "Wiesz, Dorotka, może powinnaś bardziej zastanowić się nad tym, jak wyglądasz na scenie". Przejęłam się i odtąd noszę wysokie obcasy – śmieje się Dorota. Najbardziej lubi trzy kolory: czerń, szary, biel. Z tą nudą walczy jej mama. Batalia zwykle rozgrywa się w salonie. Na środku Grażyna Miśkiewicz z torbą ciuchów wziętych ze sklepu na próbę.

Wyjmuje żółtą sukienkę – no przecież żółty jest modny w tym roku! Córka oddaje suknię, mruczy: "Kompletnie nie w moim guście". – Tak bym chciała, żeby raz włożyła kolorową spódnicę, bluzkę z dekoltem – wzdycha Grażyna Miśkiewicz. A Dorota na co dzień woli swoje spodnie, adidasy i włóczkową białą czapę.
– W wydaniu prywatnym cenię wygodę, bo lubię szybko się przemieszczać, czasem nawet biegiem, więc muszę mieć płaskie buty. Scena to co innego, tam chętnie przebieram się za kobietę – kwituje. Kiedy wybierze już ciuchy, które włoży podczas koncertów, domknie walizy, kiedy już ruszy w trasę, rozkwita. Uwielbia wyjazdy. – To oderwanie: od sprzątania, rachunków, wynoszenia śmieci, składania deklaracji z ZUS-ie – mówi o demonach swojej codzienności. – Zjawiam się w nowym miejscu i myślę tylko o jednym: za godzinę próba, wieczorem koncert. Właściwie wolę być w trasie niż wracać – robi pauzę. – Nie lubię od początku przyzwyczajać się do domu. Tam kończy się luz, nie jestem już sama. Trzeba popracować nad kompromisami. W domu jest Marek.

SIŁA ODZWYCZAJENIA

Poznali się 11 lat temu na warsztatach jazzowych w Puławach. Dorota wspomina: – Podczas kolacji do mnie i przyjaciółki przysiadł się chłopak. Ją podrywał, mnie ignorował. W dodatku miał na głowie jakieś okropne, aseksualne loki! Kilka miesięcy później we Wrocławiu brałam udział w koncercie zespołu Sami Swoi. Patrzę, ktoś znajomy gra na gitarze. On. Wyglądał zupełnie inaczej, ściął włosy prawie na zero. Zamieniliśmy kilka słów, okazało się, że super nam się rozmawia. W przerwie słyszę: "Chodź ze mą do garderoby, pogramy sobie bossa novy". Tak po prostu mamy sobie grać? Dla mnie próba jest trudniejsza, bardziej stresująca niż występ. Ale usiedliśmy i już po pierwszych dźwiękach poczułam... czystą przyjemność. Tak zostało do dziś. Od kilku lat mieszkają razem. Terytorium wspólne to 90 metrów, w tym pracownia – mnóstwo sprzętu, kabina do nagrywania, jego gitary, jej mikrofony. Jak funkcjonują pod jednym dachem dwie artystyczne indywidualności? – Mamy swoje odrębne muzyczne światy. Nie rywalizujemy, raczej wspieramy się konstruktywną krytyką – mówi Marek z uśmiechem. – Muzyka jest naszym naturalnym otoczeniem. A kiedy mamy jej dość, przerzucamy się na fi lmy – lubimy Almodóvara, wczoraj oglądaliśmy Złe wychowanie. Cieszą nas chwile spędzane razem – mówi. Co najbardziej? – Dorota robi świetne śniadania i w ogóle super gotuje. Co jest trudne? – Jej wybiórcza dokładność. Na fotelu może leżeć stos nieposkładanych ubrań i nie ma problemu. Ale jeśli jakąś płytę położę nie na tej półce, wścieka się. – Fakt – Dorota zgodnie kiwa głową. – Potrafi mnie zdenerwować nawet pasta zostawiona po niewłaściwej stronie umywalki. W dodatku jestem niecierpliwa i nadwrażliwa, często wybucham. Żyją na wariackich papierach. Próby, spotkania, nagrania – najczęściej osobno. Przed wakacjami bezradnie wertują kalendarze: Dorota ma wolną pierwszą połowę lipca, Marek tydzień w drugiej. Początek sierpnia rozjeżdża się kompletnie – o! jest parę wspólnych dni koło dwudziestego. Więc kupują ofertę last minute. Weekendy nie istnieją w ogóle, wtedy są koncerty. – W naszym świecie nie ma niczego stałego – opowiada Dorota. Jak długo tak można? – Czasami bywam zmęczona – przyznaje. – Ale planów nie robię, bo w planowaniu jest zasadzka: coś może się nie udać i przychodzi rozczarowanie. Dlatego wolę czekać, co przyniesie los... Marek: – Do niedawna byłem entuzjastą naszej "osobności". Myślałem: mamy satysfakcję, spełniamy się zawodowo, a z tego bierze się dobra energia. Odpoczywamy od siebie, tęskni my i na nowo się odnajdujemy. Ale od pewnego czasu widzę, że rozstania częste i długie mają złe strony. Oddalają? – Tak. Przyzwyczajanie się do siebie na nowo kosztuje sporo wysiłku – mówi Marek. Więc może czas z tym skończyć? Oboje się uśmiechają. – Tworzymy dom. Mimo że nie mamy ślubu. Troszczymy się o siebie. To najważniejsze.


Agnieszka Litorowicz-Siegert
Zuza Krajewska
Bartek Wieczorek
Dominika Bagińska

Dodaj swój komentarz:
Login/Podpis:
Hasło:

Jeżeli się nie zalogujesz, przy twoim komentarzu pokaże się numer IP.

Reklama